Styczeń 2022

Nowe krople do oczu mogą zastąpić milionom ludzi okulary do czytania!

Niedawno zatwierdzone krople do oczu, które pojawiły się na rynku w czwartek, mogą zmienić życie milionów Amerykanów ze związanym z wiekiem niewyraźnym widzeniem do bliży. Tak zwana starczowzroczność dotyka głównie osób w wieku ponad 40 lat i starszych.

Vuity to zatwierdzony w październiku preparat przez amerykańską agencję FDA (Foods and Drugs Administration) , może potencjalnie zastąpić okulary do czytania dla niektórych ze 128 milionów Amerykanów z problemami ze wzrokiem bliży. Według firmy, nowy lek zaczyna działać po około 15 minutach, a jedna kropla do każdego oka zapewnia ostrzejsze widzenie przez sześć do dziesięciu godzin.

 

Uczestników badań klinicznych preparatu było aż 750. Większość z nich podchodziła do tej technologii entuzjastycznie twierdząc, że zdecydowanie zmienia życie na lepsze. Pacjenci stosujący Vuity nie potrzebowali okularów tak często jak wcześniej. Zwłaszcza podczas pracy przy komputerze.

 

Vuity to pierwsze krople do oczu zatwierdzone przez FDA do leczenia związanego z wiekiem niewyraźnego widzenia do bliży, znanego również jako starczowzroczność. Lek na receptę wykorzystuje naturalną zdolność oka do zmniejszania rozmiaru źrenicy. To z kolei zwiększa głębię ostrości lub głębię ostrości, co pozwala na naturalne skupienie się na różnych odległościach.

 

30-dniowy zapas leku kosztuje około 80 dolarów i według rzecznika Vuity jest najlepszym i jedynm na świecie preparatem tego typu dla osób w wieku od 40 do 55 lat. Firma podała, że ​​skutki uboczne trzymiesięcznego badania obejmowały bóle głowy i zaczerwienienie oczu. 

 

 

Vuity nie jest bynajmniej panaceum, a producent ostrzega przed używaniem kropli podczas jazdy samochodem nocą lub podczas pracy w warunkach słabego oświetlenia. Krople są przeznaczone do łagodnego do umiarkowanego nasilenia starczowzroczności i są mniej skuteczne po 65 roku życia wraz ze starzeniem się oczu. Użytkownicy mogą również doświadczać tymczasowych trudności z przełączaniem ostrości między bliskimi i dalekimi obiektami.

 

Lekarstwo ze starożytnego Egiptu może uratować do 50% chorych na COVID-19

Według raportu izraelskiego badacza z Hebrajskiego Uniwersytetu w Jerozolimie i Hadassah School of Medicine, starożytny grecki lek oparty o szafran, może pomóc osobom z ciężkimi objawami COVID-19 i zmniejszyć liczbę zgonów z powodu tej choroby o 50%. Badanie naukowe opisujące jego skuteczność, pojawiło się na łamach European Journal of Internal Medicine.

 

Kolchicyna, była wykorzystywana tysiące lat temu w starożytnym Egipcie, gdzie słynęła ze swoich wyjątkowych właściwości leczniczych. To jeden z nielicznych leków starożytności, które przetrwały do ​​dziś. Do tej pory, opublikowano cztery kontrolowane badania z udziałem około 6000 pacjentów z koronawirusem SARS-COV-2. Każde z nich, wykazało zmniejszenie śmiertelności o około 50% w porównaniu do pacjentów, którzy nie byli leczeni kolchicyną.

 

Lek jest tani, wymaga małej dawki (około pół miligrama dziennie) i jest całkowicie bezpieczny. Jedynym skutkiem ubocznym u niektórych pacjentów mogą być napady biegunki. Zdaniem autora tego badania, profesora Ami Shattnera, kolchicyna może okazać się ważnym odkryciem, które znacznie poprawi szanse wielu pacjentów na przeżycie. Lek został przetestowany pod kątem leczenia pandemii COVID-19 na całym świecie, w tym w Kanadzie, Grecji, RPA, Hiszpanii i Brazylii. Wiele z tych prób było podwójnie ślepymi badaniami placebo, co zwiększa prawdopodobieństwo ich trafności.

 

„Lek jest niedrogi dla pacjentów i społeczeństwa” – kontynuował. „Stosując go u pacjentów z koroną, nic nie tracimy, a wiele zyskujemy”.

Kolchicyna została po raz pierwszy wymieniona w starożytnym egipskim papirusie datowanym na 1550 rok pne. Później była ona używana przez lekarzy w starożytnej Grecji, w okresie bizantyjskim, a następnie przez lekarzy arabskich ponad 1000 lat temu. Niedawno w kilku badaniach zaczęto udowadniać jego skuteczność w leczeniu ostrego zapalenia osierdzia, a także w zapobieganiu migotaniu przedsionków po operacjach kardiochirurgicznych.

 

Shattner zauważył jednak, że potrzebne są dalsze randomizowane, kontrolowane badania, aby potwierdzić te wstępne wyniki. Jego zdaniem prawdopodobnie doprowadzą do zwiększenia wskazań do stosowania kolchicyny w małych dawkach. Według niego, nie ma powodu, dla którego lek nie mógłby być stosowany już teraz.

 

 

Fast foody mogą powodować choroby autoimmunologiczne

Eksperci z Instytutu Francisa Cricka w Wielkiej Brytanii uważają, że żywność wysoko przetworzona (hamburgery, nuggetsy, kiełbaski) prowadzi do wzrostu liczby chorób autoimmunologicznych na całym świecie. Naukowcy badali nagły wzrost w ilości zachorowań na choroby autoimmunologiczne w krajach zachodnich. Był on wyraźnie widoczny przynajmniej od 40 lat, a obecnie dostrzega się go w krajach, w których wiele z tych schorzeń nie było wcześniej obserwowanych.

 

Choroby autoimmunologiczne, w tym nieswoiste zapalenie jelit, cukrzyca typu 1, reumatoidalne zapalenie stawów i stwardnienie rozsiane, rozwijają się, gdy organizm atakuje własne tkanki i narządy. Zachodnie społeczności walczą obecnie z plagami wielu chorób autoimmunologicznych, podczas gdy na Bliskim Wschodzie i w Azji obserwuje się wzrost zachorowalności na nieswoiste zapalenie jelit. Winą za taki stan rzeczy, można obarczyć fast foody.

Carola Vinuesa i  James Lee próbowali wskazać dokładną przyczynę tych chorób. Głównym podejrzanym jest dieta, co tłumaczą faktem, że genetyka człowieka nie zmieniła się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Zdaniem badaczy, oznacza to że potencjalna ​​zmienna, jest czynnikiem zewnętrznym. Jednym z trendów jaki dostrzeżono podczas badania analizując sytuację na Bliskim Wschodzie i w Azji był wzrost liczby fast foodów. 

„W fast foodach brakuje niektórych ważnych składników, takich jak błonnik, a dowody sugerują, że taka zmiana wpływa na ludzki mikrobiom. Zmiany w mikrobiomie powodują z kolei choroby autoimmunologiczne.”

Autorzy badania zauważają również, że każdy organizm jest inny i istnieje wiele przyczyn rozwoju chorób autoimmunologicznych. Równie istotne co dieta są predyspozycje genetyczne. Oznacza to, że nie każdy nabawi się choroby autoimmunologicznej, jedząc hamburgery. Jest to jednak czynnik ryzyka, który zwiększa szanse na ich zajście.

 

Wegetarianie są znacznie bardziej narażeni na psychozy

Ogłoszone niedawno wyniki metaanalizy opartej o badania z przełomu 2001-2020 roku, wskazują na istotne ryzyka związane z wegetarianizmem. Naukowcy, analizowali związek między spożyciem mięsa, a dwiema psychopatologiami – depresją i lękiem. Okazuje się, że ludzie którzy nie spożywają mięsa, doświadczają ich znacznie częściej.

 

Badacze przeanalizowali 20 artykułów opublikowanych w latach 2001-2020, aby zbadać statystyki dotyczące depresji i lęku u osób, które nie spożywają mięsa, oraz u jego konsumentów. Naukowcy odkryli istotny związek między spożyciem mięsa, a występowaniem depresji i lęku. Zgodnie z danymi statystycznymi, osoby spożywające mięso mają średnio niższy poziom depresji i lęku. Ta różnica, była dostrzegalna znacznie bardziej, w badaniach o wysokiej jakości.

 

 

Naukowcy przypisują sprzeczne wyniki badań i przeglądów systematycznych, do błędnie przyjętych i mało wiarygodnych metod badawczych. Odkryli oni na przykład, że badania o niskiej jakości, często wykorzystują pomiary zgłaszane samodzielnie, w przeciwieństwie do pomiarów psychopatologicznych opartych na DSM (Podręczniku Diagnostyki i Statystyki Zaburzeń Psychicznych). Proszenie uczestników o przypomnienie sobie diety, siłą rzeczy musi prowadzić do innych wyników niż śledzenie jej w czasie rzeczywistym.

 

Badacze nalegają jednak, aby powstrzymać się przed tworzeniem związków przyczynowych między spożywaniem mięsa a depresją lub lękiem. Dane pozyskane w metaanalizie to dobry wstęp do dalszych badań, jednak nie są one wystarczające do wysnuwania tez jakoby wegetarianizm skutkował depresją.

 

Spożycie jagód i czerwonego wina wiąże się z niższym ciśnieniem krwi

Spożywanie jagód i czerwonego wina wiąże się ze spadkiem ciśnienia skurczowego ze względu na zawarte w nich flawonoidy. Ten wzór odkryli brytyjscy naukowcy, analizując poziom ciśnienia krwi i dietę 929 osób.

 

Naukowcy zauważyli również, że osoby na diecie bogatej we flawonoidy mają bardziej zróżnicowany mikrobiom jelitowy, co również przyczynia się do pozytywnego działania flawonoidów, ponieważ bakterie wytwarzają korzystne dla naczyń metabolity. Wyniki badań opublikowano w czasopiśmie Hypertension.


Flawonoidy znajdują się w owocach, warzywach, herbacie, czekoladzie i czerwonym winie. W jelicie są metabolizowane przez mikrobiotę do substancji o działaniu przeciwutleniającym i korzystnym dla serca oraz naczyń krwionośnych.

 

Jednak nie tylko bakterie przekształcają flawonoidy, ale także mikrobiotę zmienia dieta bogata w te substancje. Na przykład wzrasta zawartość Bifidobacterium, przydatnej do trawienia, co z kolei intensywnie przetwarza flawonoidy. Jednocześnie związek między spożyciem flawonoidów a różnorodnością bakterii jelitowych jest wciąż słabo poznany.

 

Brytyjscy naukowcy pod kierownictwem Aedína Cassidy'ego z Queens University w Belfaście postanowili przetestować, jak dieta bogata we flawonoidy wpływa na ciśnienie krwi, a także sprawdzić, jak zmienia się skład mikroflory jelitowej przy takiej diecie. W badaniu wzięło udział 929 osób z niemieckiej grupy PopGen.

 

Zmierzono im ciśnienie krwi i pobrano próbki kału do analizy mikroflory. Ponadto uczestnicy wypełnili ankietę dotyczącą nawyków żywieniowych. Do obliczeń statystycznych zastosowano analizę kowariancji (ANCOVA).

 

Zwiększone spożycie pokarmów zawierających flawonoidy wiązało się z niższym poziomem skurczowego ciśnienia krwi (p < 0,01), a ten sam pozytywny związek zaobserwowano osobno dla jagód i czerwonego wina. Również zwiększone spożycie tych ostatnich wiązało się z bardziej zróżnicowanym składem mikrobioty jelitowej (p < 0,01), a spożycie jagód, jabłek i gruszek wiązało się z niższą zawartością Parabacteroides w kale (p < 0,01).

 

We wcześniejszych badaniach stwierdzono, że zawartość tych bakterii jest zwiększona u pacjentów z nadciśnieniem tętniczym.

 

W pracy naukowcy policzyli również dawki pokarmów bogatych we flawonoidy, które wiązały się z obniżaniem ciśnienia krwi. W przypadku jagód 1,6 porcji dziennie wiązało się ze spadkiem ciśnienia krwi o 4,1 milimetra Hg, a 250 mililitrów czerwonego wina tygodniowo wiązało się ze spadkiem ciśnienia krwi o 3,7 milimetra Hg.

 

W przyszłych badaniach autorzy proponują kategoryzację pacjentów na klasy metaboliczne na podstawie składu mikrobioty, aby ocenić, jak dobrze działają diety zawierające flawonoidy i inne składniki odżywcze u każdego pacjenta.

 

Implant umieszczony w mózgu pozwolił przywrócić wzrok niewidomej

Naukowcy wykorzystali implant mózgowy, aby przywrócić niewidomej kobiecie wzrok. Eksperyment pokazał, że nowa technologia jest bezpieczna i może pomóc w leczeniu ślepoty. 

Pod koniec grudnia 2020 roku, zespół naukowców z hiszpańskiego Miguel Hernández University, holenderskiego Institute of Neuroscience oraz amerykańskiego John A. Moran Eye Center na Uniwersytecie Utah prowadził badania nad implantami, zawierającymi ponad tysiąc elektrod. Urządzenia wszczepiono do mózgów małp, a ich zadaniem była stymulacja kory wzrokowej. Naukowcy sprawili, że zwierzęta "widziały" układy kropek, a ich mózgi postrzegały je jako kształty i obiekty.

 

Tutaj należy podkreślić, że małpy nie były niewidome.Teraz ten sam zespół poszedł o krok dalej i przeprowadził podobny eksperyment na człowieku. 58-letniej pacjentce, która była całkowicie niewidoma przez 16 lat, wszczepiono do mózgu implant. Również w tym przypadku umieszczono go na korze wzrokowej. Kobieta otrzymała również specjalne okulary wyposażone w kamerę. Naukowcy stworzyli program, który kodował dane zbierane przez kamerę i przesyłał je do umieszczonych w mózgu elektrod. Implant dzięki odpowiedniej stymulacji kory wzrokowej wytwarzał błyski światła, a pacjenta mogła zobaczyć proste obrazy. Kobieta potrafiła zidentyfikować linie, kształty i litery.

Eksperyment wykazał, że implant jest przede wszystkim bezpieczny i nie stwarza żadnego zagrożenia. Ponadto urządzenie pozwala dostrzec proste obiekty, co jest dużym sukcesem biorąc pod uwagę, że kobieta od lat nic nie widziała. Naukowcy planują dalsze badania w tym zakresie. W przyszłości chcą wykorzystać bardziej zaawansowany system kodowania obrazu, zdolny do jednoczesnej stymulacji większej liczby elektrod i wywoływania bardziej złożonych obrazów wizualnych. Docelowo badacze chcą stworzyć protezę, która przywróci wzrok niewidomym.

 

Rozpoczęły się badania nad lekami przeciwnowotworowymi na bazie grzybów

Współpraca między Oxford University a firmą biofarmaceutyczną NuCana ujawniła, że lek chemioterapeutyczny NUC-7738, opracowany na bazie chińskiego grzyba himalajskiego Cordyceps, jest czterdzieści razy skuteczniejszy w niszczeniu komórek nowotworowych niż jego odpowiednik.

 

Grzyb Cordyceps jest używany od wieków w tradycyjnej medycynie chińskiej do leczenia raka i innych chorób zapalnych. Jednak składniki kordycepsu szybko rozpadają się we krwi, co pozwala na dostarczenie do organizmu jedynie niewielkiej ilości substancji. NuCana postanowiła stosować kordyceps jako produkt leczniczy o ulepszonych właściwościach.

 

Korzystając z nowej technologii ProTide, eksperci firmy byli w stanie powiązać grupy chemiczne substancji Cordyceps z jej analogiem nukleozydowym Cordycepin. Umożliwi to dostarczenie leku do organizmu pacjenta bez rozpadu substancji. Jednocześnie nowy lek NUC-7738 jest o 40% skuteczniejszy niż sama kordycepina. Ma też mniejszą toksyczność dla organizmu.

 

Naukowcy prowadzą obecnie pierwsze próby kliniczne NUC-7738. Pierwsze wyniki wykazały, że organizm pacjenta dobrze reaguje na lek, a on sam skutecznie walczy z guzami nowotworowymi. Naukowcy będą nadal kontynuować badania.

 

COVID-19 może wyzwalać autoprzeciwciała które niszczą organizm

Zakażenie wirusem wywołującym chorobę COVID-19 może wywołać odpowiedź immunologiczną, która trwa dłużej niż sama infekcja. To niepokojące odkrycie, zostało niedawno ujawnione w badaniu naukowym na łamach Journal of Translational Medicine.

 

Kiedy ludzie są zarażeni wirusem lub innym patogenem, ich ciała uwalniają białka zwane przeciwciałami. Wykrywają one obce substancje i powstrzymują je przed inwazją komórek. W niektórych przypadkach, ludzie wytwarzają autoprzeciwciała, które z czasem mogą atakować własne narządy i tkanki organizmu. Badacze Cedars-Sinai odkryli, że osoby z wcześniejszą infekcją SARS-CoV-2, wirusem wywołującym COVID-19, przejawiają szeroką gamę autoprzeciwciał, nawet do sześciu miesięcy po całkowitym wyzdrowieniu.

Naukowcy wiedzieli, że ciężkie przypadki COVID-19 mogą tak bardzo obciążać układ odpornościowy, że powstają autoprzeciwciała. To badanie jest pierwszym, w którym opisano nie tylko obecność podwyższonych piziomów autoprzeciwciał po łagodnym lub bezobjawowym zakażeniu, ale także ich utrzymywanie się w czasie. Jak twierdzi dr Justyna Fert-Bober, naukowiec na Wydziale Kardiologii w Smidt Heart Institute i współautorka badania.

„Te wzorce dysregulacji immunologicznej mogą leżeć u podstaw różnych rodzajów uporczywych objawów, które obserwujemy u osób, u których rozwija się stan określany teraz jako długi COVID-19”.

Do przeprowadzenia badań, zespół zrekrutował 177 osób z potwierdzonymi dowodami wcześniejszej infekcji SARS-CoV-2. Porównali próbki krwi od tych osób z próbkami pobranymi od zdrowych osób przed pandemią. Wszystkie osoby z potwierdzoną infekcją miały podwyższony poziom autoprzeciwciał. Niektóre z autoprzeciwciał są powiązane z chorobami autoimmunologicznymi, które zazwyczaj częściej dotykają kobiety niż mężczyzn. Jednak w tym badaniu mężczyźni mieli większą liczbę podwyższonych autoprzeciwciał niż kobiety.

„Z jednej strony to odkrycie jest paradoksalne, biorąc pod uwagę, że choroby autoimmunologiczne są zwykle częstsze u kobiet. Z drugiej jest to również oczekiwane, biorąc pod uwagę wszystko, co wiemy o mężczyznach, którzy są bardziej podatni na najcięższe formy COVID-19.” 

Zespół badawczy jest zainteresowany rozszerzeniem badania w celu poszukiwania typów autoprzeciwciał, które mogą być obecne i utrzymywać się u osób z długotrwałymi objawami COVID-19. Ponieważ badanie dotyczyło osób zarażonych przed pojawieniem się szczepionek, naukowcy zbadają również, czy autoprzeciwciała są podobnie generowane u osób z przełomowymi infekcjami.

 

W Kanadzie rozpoczynają się badania kliniczne leku ziołowego na cukrzycę

Terapia powinna skutecznie kontrolować poziom cukru we krwi, a jednocześnie zmniejszać liczbę skutków ubocznych często obserwowanych przy leczeniu cukrzycy typu 2. Związek naśladuje wiele cząsteczek z normalnej ludzkiej diety, więc naukowcy są przekonani, że nowe podejście jest bezpieczne.

Nowy związek przeciwcukrzycowy został zatwierdzony przez Health Canada do uruchomienia pilotażowej fazy badań klinicznych w leczeniu cukrzycy typu 2. Związek montbretyna A jest izolowany z kwiatów rośliny ozdobnej montbrecja (krokosmia, cynobrówka) i działa poprzez hamowanie enzymu alfa-amylazy.

 

Zazwyczaj enzym alfa-amylaza rozkłada skrobię z żywności, takiej jak ryż i chleb, na cukry złożone zwane oligosacharydami, które następnie są dalej rozkładane w jelicie przez alfa-glukozydazę, uwalniając glukozę i powodując skok poziomu cukru we krwi. Nowoczesne leki mają na celu hamowanie alfa-glukozydady, ale stwarza to w jelitach warunki do szybkiego wchłaniania cukrów przez bakterie, powodując wzdęcia i biegunkę.

 

Jak wyjaśniają autorzy, montbretyna A działa poprzez spowalnianie rozkładu skrobi, aby bakterie jelitowe nie powodowały nieprzyjemnych objawów.

 

Poszukiwania montbretyny A trwały kilka lat wśród 30 tys. ekstraktów różnych roślin - potencjalnych inhibitorów alfa-amylazy. Wyniki przedkliniczne wykazały bardzo wysoką skuteczność w kontrolowaniu poziomu cukru we krwi u zwierząt, a naukowcy rozpoczynają obecnie badania kliniczne.

 

Równolegle trwają prace nad laboratoryjną syntezą montbretyny A, która umożliwi w przyszłości dostarczanie pacjentom leków. Autorzy są pewni, że pomyślnie przejdą badania kliniczne i wykażą niezbędną skuteczność i bezpieczeństwo terapii dla ludzi, ponieważ związek powtarza wiele cząsteczek ze zwykłej diety ludzi.

 

Wirus Ebola może ukrywać się w organizmie człowieka przez wiele lat

Niedługo miną dwa lata, od początku pandemii koronawirusa SARS-CoV-2. Wirusy były z nami od zarania dziejów, a zgodnie z treścią opublikowanego niedawno badania naukowego, wirus wywołujący Ebolę, ma nieoczekiwanego sojusznika. Śmiertelność tego wirusa sięga 50%, a poprzednie ogniska wykazywały śmiertelność od 20% do nawet 90%.


Wirus Ebola jest wysoce zaraźliwy, przenosi się zarówno przez dotyk, poprzez przedmioty, które weszły w kontakt z płynami fizjologicznymi chorego, jak i samego nosiciela. W przeciwieństwie do SARS-CoV-2, Ebola nie roznosi się jednak w powietrzu. Choroba powoduje silny ból mięśni, gorączkę oraz zaburzenia czynności wątroby i nerek. Ponadto pacjenci doświadczają krwawienia wewnętrznego i zewnętrznego. Za okres inkubacji uważa się od 2 do 21 dni. Gorączka krwotoczna, nie była zgłaszana przez długi czas, dopóki nie pojawiła się w Afryce na przełomie lat 2013-2016. W rezultacie zachorowało na nią co najmniej 28 000 osó, śmierć poniosło 11 000 osób. W ciągu dwóch lat w Kongu, w latach 2018-2020, wirusem zaraziło się 3470 osób, z czego 2380 zmarło.

 

 

Mimo, że wirus został odkryty w połowie lat 70, naukowcy wciąż nie wiedzą, jakie zwierzę jest głównym rezerwuarem tej choroby. Według naukowców, którzy przeanalizowali genomy wirusa, który spowodował epidemię w Gwinei, mogą to być osoby, które z powodzeniem przeżyły gorączkę. Teorię tę potwierdza fakt, że wirusy są zdolne do infekowania wielu różnych tkanek ludzkich. Jednocześnie układ odpornościowy długo ich nie zauważa. Ale po pewnym czasie wirus zaczyna się aktywować, w wyniku czego "ozdrowieniec" staje się jego ofiarą. Wiadomo, że organizmy, które są narażone na działanie wirusa, nie mogą być jego rezerwuarami. Wirus nie może się w nich wystarczająco namnażać.

 

Oczywiście do pewnego stopnia się rozwija, a gospodarzowi udaje się zarazić kogoś innego. W zbiorniku wirus rozwija się bezobjawowo, i pojawiają się w nim nowe mutacje. odnotowano już przypadki, w których wirus ponownie dał się odczuć po tym, jak osoba z powodzeniem przeniosła Ebolę po raz pierwszy. Badania wykazały, że w stanie nieaktywnym, wirus może znajdować się w ludzkim ciele przez kilka lat. Jak narazie, jest to jedynie teoria, a naukowcy będą badać to założenie. Do tej pory uważano, że to nietoperze owocożerne są wyłącznym rezerwuarem Eboli. W ich organizmach wielokrotnie znajdowano zarówno przeciwciała wirusowe, jak i jego genomy. Przyjmuje się jednak, że może istnieć więcej niż jeden rezerwuar wirusa.